KLIKA.pl

Pisali o nas

Pisali o nas, czyli zapiski z rejsów.

W lutym 2013, w magazynie JACHTING ukazał się artykuł dotyczący naszego rejsu po Morzu Egejskim.

kusporadom

Greece Tour 2012
autor: Łukasz Żylik
Ku Sporadom – Morskie opowieści (pdf)
Jachting magazyn żeglarski, luty 2013

 

——-

W czerwcu 2007 w Dzienniku, w dodatku podróże nasz rejs po Dalmacji opisała dziennikarka którą mieliśmy przyjemność gościć na pokładzie.

poadriatyku

Chorwacja Maj 2007
autor: Anna Janowska
JACHTEM PO ADRIATYKU
DZIENNIK, dodatek: Podróże 23-24.06.2007 r.

Gdy widzę nazwę łodzi wymalowaną zawijasami na rufie, już wiem, że będzie mi się na niej dobrze pływało. W końcu Ania z „Anuśką” dogada się bez problemów. Nazwali tę łódkę specjalnie na twoją cześć! – śmieje się reszta załogi. Zapraszam na pokład – woła kapitan i szarmancko pomaga mi wejść po chwiejącym się trapie. „Anuśka” to bardzo komfortowa łódka. Dla dziesięciu członków załogi ma pięć dwuosobowych kabin i aż trzy łazienki. Maleńkie, ale na wodzie to prawdziwy luksus. Całe wnętrze wykończono egzotycznym drewnem. W centralnej części jachtu duża mesa. Na środku stół, wzdłuż burty pluszowa kanapa, naprzeciw mała kuchnia. Co jak co, ale takich wygód się nie spodziewałam. – Nie ma się co dziwić, to „50” Cruiser z niemieckiej stoczni Bawaria, prawdziwy pływający hotel – tłumaczy kapitan. Wygodny do mieszkania, łatwy w obsłudze i świetnie wyposażony, ale żeglarsko – cóż, nie można na nim aż tak poszaleć jak na mniejszej „46” z tej samej stoczni czy słoweńskich Elanach. Ale wykrzeszemy z niej, ile się da – dodaje z uśmiechem.

Jesteśmy w Marinie – miasteczku nazwanym tak chyba dla zmyłki. Bo marina to port dla żaglówek. Tymczasem marina w Marinie brzmi jak masło maślane, ale cóż zrobić. Idziemy całą załogą do tawerny. Robert, kapitan, który Chorwację zna już jak własną kieszeń, poleca lignie na żaru, czyli grillowane kalmary. Są faktycznie przepyszne i od razu stają się kulinarnym hitem rejsu. Płyniemy na południe w stronę Dubrownika. Czy uda nam się dopłynąć? Nie wiadomo. Zależy, jak powieje Planujemy trasę: płyniemy na południe w stronę Dubrownika. Czy uda nam się dopłynąć? Nie wiadomo. Zależy, jak powieje – twierdzi kapitan. Na razie, jutro płyniemy na Hvar, a co będzie dalej zobaczymy. Warunki do żeglowania idealne – słońce świeci, wiatr wieje, więc chwilę po wyjściu z portu stawiamy żagle. Anuśka z portowego hotelu przemienia się w łódkę z prawdziwego zdarzenia. Fale obijają się o burty, a żagle furkotem dają o sobie znać. Wiatr nam sprzyja, płyniemy coraz szybciej wzdłuż brzegu chorwackiej Dalmacji. Gdzieś tam za lewą burtą jest Split, za nim, hen daleko, Dubrownik położony niemal na samym końcu długiego pasa wybrzeża. Warunki do uprawiania żeglarstwa są tu idealne – ponad 48 marin może pomieścić nawet 15 tysięcy łódek. I niemal 1200 przybrzeżnych wysp i wysepek. Za burtą widać Brać, kiedyś najbardziej zieloną wyspę Chorwacji. Polowano tu nawet na jelenie. Jednak gdy wycięto lasy, zmieniła się w brunatną pustynię. Mijamy Bol, jedną z nielicznych w Chorwacji piaszczystych plaż położoną na cyplu. Wieją tu naprawdę mocne wiatry. To ulubione miejsce kitesurfingowców i miłośników sportów ekstremalnych. Późnym popołudniem dopływamy do Jelsy. Witają nas pomarańczowe dachy i proste, idealnie wpasowujące się w krajobraz domy z jasnego kamienia, tak charakterystyczne dla tutejszej architektury. Cumujemy pod słynącą z pysznych owoców morza restauracją Napoleon. Czekamy tu na pozostałe pięć łódek (wyruszyły z innych portów). Na ludzi, którzy poznali się dzięki wspólnej pasji – żeglowaniu. Nazwali swoje nieformalne stowarzyszenie: Squadron Dzida. Skąd ta nazwa? Nie pytajcie, bo to squadronowa tajemnica. Poznać ich można po powiewających na relingach proporcach, koszulkach i bandamkach ze znakiem rozpoznawczym – złotą kotwicą i polską falgą. Na przybrzeżnej promenadzie pełno ludzi, podobnie jak na głównym placu, który w całości zajęły kawiarniane ogródki. Wspinam się po schodach do górującego nad miasteczkiem kościoła. Trwa msza, wierni tłoczą się nawet przy drzwiach.

Jelsa.
Za kościołem wąskie uliczki stromo pną się pod górę, wokół nie ma żywej duszy. Kamienne fasady, okna z drewnianymi okiennicami, a jedyny przechodzień to bury kot. Dalej zamknięta na cztery spusty winiarnia i imponująca, pnąca się na dwa piętra winorośl o pniu grubości przedramienia. To najstarsze wino w tej okolicy, jeszcze sprzed filoksery. Ma grubo ponad 100 lat i nadal się zieleni – mówi ktoś niespodziewanie. Za moimi placami jak spod ziemi pojawił się rosły mężczyzna z imponującą siwą brodą i rozwianymi lokami. Jestem właścicielem winiarni Tomić – w sezonie organizuje degustacje, prowadzi sklep. I produkuje wino. Doskonałe,o czym przekonałam się chwilkę później, gdy nalewał mi do kieliszka schłodzone, białe St.Klemens, powstałe z winogron wyhodowanych na małej wysepce,tu koło Hvaru. Doskonałe okazało się taż słodkie wino Prosek. Widząc mój entuzjazm, zaproponował degustację lokalnego specjału z różanych kwiatów macerowanych w winie. Zaskakujące połączenie winnoróżanego ni to likieru, ni wina. Przepyszne. Wyspy mają swoje tajemnice. Te znane i te mniej znane. Każda żyje własnym rytmem. Każdą warto odwiedzić i zrozumieć spokój jej mieszkańców.

Jelsa – Korcula
Oddalamy się od kontynentalnej części Chorwacji, przed nami wyspy. Jesteśmy na morzu, ale fala nie jest duża i cały czas gdzieś w oddali majaczy ląd. Z żeglarskiego punktu widzenia Chorwacja to takie Mazury, tylko większe. Niby jest podobnie, ale wszystko – długość jachtów, wielkość portów, temperatura wody, ilość słońca i wysokość fal trzeba pomnożyć kilka razy – tłumaczy nam swoją wizję żeglowania po Chorwacji kapitan Robert. Jest w tym sporo prawdy. Żeglowanie po Chorwacji to czysta przyjemność. Wszystko jest w sam raz, nie ma skrajności ani związanej z pływaniem po otwartych morzach choroby morskiej. Jest za to słońce, ciepła woda i prawdziwa przygoda. Wpływamy w wąski przesmyk. Z prawej strony zielone wzgórza wyspy Korcula. Tu pod wieczór zawsze wieje. Halsujemy pod wiatr, robiąc zwroty tuż przy stromo opadających do morza skałach. Tak blisko lądu, a głębokościomierz wskazuje 40 m! Przed nami położona na wysuniętym cypelku Korcula. Nad piramidą pomarańczowych dachów góruje strzelista wieża kościoła. Od strony morza miasteczka bronią solidne, kamienne mury obmywane przez morskie fale. Na starówkę najlepiej wejść bramą w wieży przy domu Marco Polo. Podobno słynny żeglarz tu się właśnie urodził. Dalej, wypolerowane stopami tysięcy przechodniów kamienne chodniki prowadzą do serca miasteczka – katedry Świętego Marka. Imponująca fasada, zdobny portyk, wewnątrz zgrabne połączenie gotyku i renesansu, a w jednej z kaplic piękna rzeźba Chrystusa. Błądzę po uliczkach Korculi bez celu i co chwila trafiam na ciekawostkę: a to fontanna, misa którą zdobi krąg roztańczonych dziewcząt, a to piękny widok na port zza murów obronnych, a to powiewające nad uliczkami pranie.

Korcula – Lastovo
Zaczyna mocniej wiać. Nadchodzi załamanie pogody. Wróżą nawet, że z gór zejdzie niespodziewany, porywisty wiatr bora bądź bardziej przewidywalny wiejący z południa jugo. Do Dubrownika pewnie byśmy dopłynęli, pytanie, co z powrotem. Kapitan decyduje o zmianie planów – zatoczymy pętlę po okolicznych wyspach. Na początek Lastovo. To już niemal na otwartym morzu. Małe wysepki wyglądają trochę jak wystające z wody stożki wulkanów. Z bliska to niemal pionowo schodzące do morza strome klify i jałowe gdzieniegdzie tylko zieleniące się wzgórza. Dobijamy do maleńkiej zatoczki, gdzie kotwiczymy moring podaje nam pani w szpilkach. Jakoś marina nie przypada nam do gustu, więc wracamy i zawijamy do portu dwie zatoczki wcześniej.

Lastovo – Vis
Rano zatoczka ukazała się nam w całej swej turkusowo – szmaragdowej krasie. Od kąpieli odwodziły tylko jeżowce, których całe stada znalazły tu sobie schronienie. Płyniemy na Vis, odludną wyspę, która jeszcze 18 lat temu – ze względu na strategiczne położenie – była zamkniętą bazą wojskową. Niemal wszyscy łykają profilaktycznie aviomarin, ale rozkołysane wczoraj morze jest dziś oazą spokoju. Okrzyk: „Delfiny!” podrywa wszystkich na nogi. Małe stadko płynie tuż koło naszej burty, pokazując wygięte w łuki grzbiety i – mogłabym przysiąc – uśmiechnięte pyszczki. Płyniemy ich tropem. Po Korculi Vis już tak nie zachwyca. Architektura miasta, które wielokrotnie przechodziło z rąk do rąk, to pomieszanie stylów.

Vis – Hvar – Bobovisce
Po raz drugi płyniemy na Hvar określany mianem lawendowej wyspy. Podobno to też najbardziej słoneczna wyspa Chorwacji. Do miasteczka zawijamy tylko na chwilę, więc nie ma czasu na wdrapywanie się do położonej na wzgórzu nad miastem hiszpańskiej twierdzy. Wakacyjny nastrój widać na pełnym kawiarnianych ogródków placu przed katedrą Św. Szczepana. Podziwiam fasady pałaców wybudowanych za czasów panowania Wenecjan. Był to dla nich ważny port, pierwszy lub ostatni na trasie do i z Wenecji. Malowniczo wygląda obsadzona palmami nabrzeżna promenada, wzdłuż której ciasno cumują łodzie. My jednak płyniemy dalej, by ostatnią noc rejsu spędzić w maleńkim, spokojnym i niezwykle malowniczym porcie Bobovisce.

Bobovisce – Marina
Ostatniego dnia rejsu zrywa się zapowiadany wiatr. I pada deszcz. Chowamy się pod kapturami i na silniku płyniemy z powrotem. I jak na złość, gdy tylko zawijamy do mariny, wychodzi słońce. Za to wieje bez zmian. W nocy czeka nas niezła huśtawka. Na razie jednak wybieramy się do Trogiru. I przez okna po raz pierwszy patrzymy na chorwackie wybrzeże z tej drugiej, naziemnej strony. W Trogirze warto spędzić więcej czasu. Miasto to istnieje już 4 tysiące lat. Starówka leży na wyspie oddzielonej od lądu kanałem. Uliczki są wąziuteńkie, nie mieszczą się tu samochody. Wdrapujemy się na basztę przyportowej twierdzy Kamerlengo. Wytężam wzrok, by wypatrzyć przedmieścia Splitu. Może popłyniemy tam następnym razem?

—–

kroliczek

Chorwacja czerwiec 2007
autor: Marcin Koc
Mityczny Elan czyli nie sztuka złapać króliczka

Nie upłynęły dwa miesiące, a znowu postawiłem stopę na chorwackiej ziemi. Telefon od Roberta, szybkie pakowanie i w czteroosobowym składzie ruszamy testować Elana 434 Impression. Wszyscy się cieszymy mając w pamięci nieudany czarter tej jednostki podczas majowego weekend’u. Tym razem jedziemy „na pewniaka”. Dzięki ofercie austriackiej firmy Blue Balu mamy do przeprowadzenia wymarzonego Elana z Dubrownika do Mariny Betina na wyspie Muter.

Godzina oczekiwania na autobus do Dubrownika mija szybko i rozpoczynamy naszą podróż chorwackim PKSem. Z zewnątrz nasz środek transportu nie wygląda źle. Zajmujemy miejsca na tylnej osi i ruszamy. Obietnica klimatyzacji szybko przechodzi w sferę marzeń. Nie ma jeszcze 0900, a temperatura sięga 30 stopni. Myśl o jachcie rozgrzewa nas jeszcze bardziej, więc nikt nie narzeka. Za oknem niczym w kalejdoskopie przesuwają się góry, wioski, dworce autobusowe, miasta znane mi od strony portów i marin. Słońce coraz wyżej, a nam podróż zaczyna się powoli dłużyć. Nic to, tam na południu czeka nagroda… Znosimy dzielnie trudy podróży i staramy się złapać trochę snu. Tak dojeżdżamy do miejscowości Podstrana. I tu pierwsza niespodzianka. Nadjeżdżający z naprzeciwka autobus zatrzymuje się obok nas. Kierowcy wymieniają kilka zdań. No tak, południe, nikomu się nie spieszy. Po chwili jednak wstaje konduktor i pyta: kto do następnej miejscowości? Kilka osób podnosi ręce i… ich podróż kończy się na ulicy. Wszyscy jesteśmy zdziwieni. Tym bardziej, że autobus zawraca na środku ulicy i kieruje się w zgoła przeciwnym kierunku. Zagadka pozostanie zagadką. Wypadek, prace drogowe? Cokolwiek to nie było jedziemy przez góry. Droga zwęża się do jednosamochodowej nitki, z lewej skały z prawej przepaść. Ze względu na międzynarodowe towarzystwo przypomina mi się film Touristas… Upał robi się coraz większy, podłoga nad silnikiem grzeje jakby chciała nas usmażyć, autobus kolebie się swoim rytmem i możemy się cieszyć, że nie ma w nim kur i kóz… Cały dzień mija nam w takiej atmosferze. Dojeżdżamy do granicy z Bośnią. Celnik kontroluje nas zdecydowanie ambitnie, może nawet zbyt jak na kilkunastokilometrowy tranzyt. Jesteśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby się uśmiechać. W Bośni widzimy polskie Honkery patroli saperskich, miłe, gdyby nie to, że nasi żołnierze wciąż ryzykują tu życie oczyszczając tereny z min. Kierowca natomiast zatrzymuje się przy sklepie i krzyczy 20 minut – shopping. Ot folklor, ale jak mają taniej, dlaczego nie… Nas interesuje tylko Dubrownik. Około 1800 widzimy cel naszej kilkudziesięciogodzinnej podróży, Perła Adriatyku przed nami. Przesiadamy się w miejski autobus i ruszamy do mariny. Elan czeka…

Wchodzimy do mariny z uśmiechem na twarzach. Nareszcie dotarliśmy. Moja złamana ręka mniej przeszkadza, trudy podróży odeszły w zapomnienie, za chwilę rzucimy graty i napijemy się piwa, rano wypływamy. Nie zawsze jest jednak z górki… Najpierw czekamy na opiekuna jachtu. Mija około 20 minut, jest. Dredy, kolczyki w kilku miejscach twarzy, Rasta pełną gębą. Niech mu będzie na zdrowie. Problem jest gdzie indziej. Nie ma Elana… Jak to nie ma? Ano nie ma. Co więcej nikt nie wie gdzie jest, nikt nie potrafi go znaleźć, prawdziwy Latający Holender. Dzwonimy do naszego agenta, który jest zdziwiony nie mniej niż my. Sobota wieczór, nikt nic nie wie. Chorwacki Rasta spokojnie proponuje nam inny jacht, mówiąc weźcie ten, zapłaćcie, a rozliczycie się ze swoim agentem. Oczadział, jak mówił Pawlak… W międzyczasie jemy pizzę, bierzemy prysznic i dzwonimy do agencji. Nikt nic nie wie… Może to i śmieszne,ale nie w sytuacji, kiedy ma się za sobą czterdziestogodzinną podróż. Nam do śmiechu nie jest, a negocjacje i wyjaśnienia trwają… Tak mijają dwie godziny.

Po długich rozmowach bierzemy taksówkę i… wracamy do Baski Vody, gdzie znaleziono nam jacht. Niestety nikt już nie mówi o Elanie. Na scenie pojawił się Mac Gregor 65. Ruszamy w drogę powrotną, tym razem z klimatyzacją i transmisją waterpolo, którego nasz kierowca jest wielbicielem. Dochodzi 0130, kiedy dojeżdżamy do mariny. Taka wycieczka kosztuje 2000 kun, gdyby ktoś chciał spróbować popłynąć w ten sposób. Wchodzimy na długiego i smukłego Grześka i idziemy spać. Rano zauważamy na stoliku nawigacyjnym tabuny mrówek, dochodzimy też do wniosku, że jest nas trochę mało jak na załogę Mac Gregora i postanawiamy powrócić do naszych negocjacji. Tuż przed południem znamy cel i cenę kolejnego etapu naszej wycieczki. Za 1800 kun wracamy do Sibenika. Tam w Marinie Mandolina czeka na nas Bawaria 44 i to jest na ten tydzień szczyt możliwości czarterowych firmy Blue Balu.

Na miejscu meldujemy się o 1700, półtorej godziny zabierają nam formalności związane z check inem jacht nie był przygotowany do czarteru) i ruszamy wreszcie sic! na morze. Pierwszą mariną, która postanowiliśmy odwiedzić była Rogoźnica. Urokliwe miasteczko, w którym wielbiciele hucznych imprez też znajdą swoje miejsce. Ja wspomnę tylko, że poniedziałek okazał się świętem narodowym i dniem wyczerpanych akumulatorów, co oznaczało dla nas kolejne telefony i zmuszanie serwisu z firmy czarterowej do dostarczenia nam nowego akumulatora. Oczywiście sami próbowaliśmy go kupić i w marinie i w mieście. Gdyby chodziło o piwo…. Tak staliśmy przy nabrzeżu do godziny 1600. Wyszliśmy na wieczór w morze i na noc wiatr zawiódł nas na Veli Drvenik, gdzie odkryliśmy restaurację z wyśmienitymi ligniami (od piersu na lewo w górę).Następne dni upłynęły nam pod znakiem słońca i ponad 20 węzłów wiatru każdego dnia. Na Vis z Milnej przemknęliśmy niczym ścigacz na jednym halsie, odwiedziliśmy Omis, Brac i kilka innych urokliwych miejsc, które często pozostają poza czarterową marszrutą. Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że na jachcie najważniejszy jest dobry humor, a wszystkie trudności można wspólnie przezwyciężyć. A co do rzeczy nadprzyrodzonych…

Teraz już wiemy, że nawet piękny, wyśniony jacht może na naszych (prawie) oczach zmienić się w króliczka, który zniknie nam na łące pełnej wysokich traw. Może więc nie trzeba go ścigać, a lepiej złapać za rękę magika, który tą sztukę uczynił?

Marcin Koc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s